Ptaszek przyfrunął mi wiosnę

CAM02401

Kwiecień – plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata. Doprawdy, tegoroczny kwiecień do swego słonecznie lodem skutego serca wziął sobie w tym roku tę „mądrość”. Rano słońce, wieczorem deszcz. Nie inaczej było wczoraj. Sobotni dzień wypełniony słonecznym blaskiem do granic możliwości, zaskoczył mieszkańców mojego ukochanego podkarpacia u swego zmierzchu, zsyłając łagodną burzę z mniej subtelnym deszczem. Dlatego dzisiejsza niedziela nie zapowiadała się zbyt pogodnie. Niemałą niespodzianką była więc pobudka podarowana przez - upominające się o zachwyt nad swą mocą wprawiania w dobry humor – promienie słońca, wpadające przez okno bezpośrednio na poduszkę. Nie inaczej upomniał się o uznanie mały ptaszek, który przedarł się przez lekko uchylone okno w dachu domu i przyfrunął mi wiosnę. Spanikowane stworzenie nie mogło odnaleźć się w tej jakże ciasnej klatce, jakim jest mój pokój. Tak, też czasem czuję się w nim jak w klatce, choć zazwyczaj jest to dla mnie miejsce spokoju i wyciszenia, odnowienia kontaktu z samą sobą. Ptaszek przestał śpiewać zaraz po wdarciu się do „więzienia” i w nieskoordynowany sposób starał się znaleźć wyjście. Łatwo było wpaść w tarapaty, ale jakże trudno się wydostać! Znaleźć tę szparę niemalże, przez którą wleciał i dzięki której mógłby też się uwolnić! Na ratunek przybiegł Tata, gdyż jego spanikowana nieokrzesanymi ruchami ptaka córka – co z tego, że prawie 22-letnia – niezbędnej pomocy udzielić biednemu stworzeniu nie była w stanie.

Gdy ptaszek wydostał się na pole (tak, na pole! – tutaj wychodzimy na pole, a nie na żadne dwory) przez otworzone przed nim otworem okno balkonowe, rozpoczął swój śpiew, zwiastujący piękną, słoneczną, wiosenną niedzielę. Niedzielę w domu. W Dębicy. Ostoi rodzinnej atmosfery. Mimo uroku cudownego Krakowa, w którym mam szczęście studiować i częściowo mieszkać, Dębica ma w sobie to, czego inne miejsce nigdy nie będzie miało. Smak i zapach dziecięcych lat.

Tak łatwo wpaść czasem w sytuację niemal beznadziejną. Poczuć się jak w klatce, z której nie ma i nigdy nie będzie wyjścia. Wtedy możemy się od razu poddać albo w rozpaczy ranić swe skrzydła o ściany więzienia, które sprowadziliśmy na siebie sami bądź zrobili to za nas inni. A może lepiej przystanąć, zaczerpnąć głębokiego oddechu, przeprowadzić dyskusję z własnymi – zapewne skrajnie negatywnymi – emocjami, a potem pomyśleć. Mózgiem, nie sercem. Dostrzec, co mogę zrobić. Ufać, że w życiu wszystko ma sens i każda kłoda rzucona pod nogi bądź tzw. totalna katastrofa, przyniesie w przyszłości owoce. „Dlaczego tak się stało? Jaki to ma sens? Jaką naukę mogę z tego, co mnie spotkało, wysnuć?” Gdyby mój spanikowany poranny gość spokojnie poszukał wyjścia z „klatki”, to albo sam znalazłby ponownie „szparę”, która wcześniej okazała się dla niego przekleństwem, albo szybciej nadeszłaby dla niego pomoc – gdyby tylko nie był taki… hmmm… agresywny w swoim pełnym rozpaczy zapomnieniu, ja sama przyszłabym mu z pomocą.

A z drugiej strony, gdyby to zwierzątko nie zwróciło na siebie tak gwałtownie mojej uwagi, to nie wiadomo, o jakiej porze dnia i czy w ogóle zwróciłabym uwagę na jego śpiew. Ponadto, czy to było tylko moje złudzenie, że świergot po odzyskaniu wolności miał o wiele większą moc i siłę niż przed całą tą sytuacją? Tak, wszystko ma sens. Czasem warto stracić wolność, by potem móc się cieszyć z jej odzyskania. Warto ją utracić, by ją potem docenić.

Człowiek jest szczęśliwy nie dlatego, że ma wszystko, ale dlatego, że potrafi się cieszyć i doceniać to, co ma.

  2 comments for “Ptaszek przyfrunął mi wiosnę

  1. Anonim
    18 kwietnia 2016 o 22:04

    Jesteś cudowna!!! Piękna i mądra <3 P.

    • Klaudia K. Klara
      20 kwietnia 2016 o 22:05

      Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.