Voilà, mamy problem!

Giewont

Bywam mistrzem w znajdowaniu problemów na każde rozwiązanie. Oczywiście, gdy jest problem, to za cel obieram znalezienie rozwiązania. Ale gdy rozwiązanie wreszcie znajdę, niemalże szukam antidotum na to rozwiązanie i… voilà, mamy problem!

Nie ma róży bez kolców. W sensie metaforycznym to zapewne prawda, w sensie botanicznym – podobno nie, ale zauroczenie różami nie idzie u mnie w parze z szerszą wiedzą na ich temat, więc – na przekór zasadzie „nie znam się, to się wypowiem” – nie wypowiem się. Aczkolwiek chcę w to wierzyć, by jednak móc mieć nadzieję, że i bywają takie sytuacje w życiu, które nie mają swoich „kolców”. Tak czy inaczej, dlaczego tak często doszukujemy się kolców i zapominamy o pięknie kwiatów czy idealnej całości płatków, łodygi i… kolców?

Tylko kolce, kolce, kolce. Problemy, problemy, problemy. Jest dobrze, spokojnie, sielsko i anielsko? A więc znajdźmy problem! Trzeba się przecież czymś martwić. Mówią, że jak budzisz się rano i nic Cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz. Ja powiedziałabym przekornie, że jeśli nie śpisz i się niczym nie martwisz, to znaczy, że o czymś zapomniałaś lub zapomniałeś. Musi być coś nie tak w tej idyllicznej rzeczywistości.

Piszę w liczbie mnogiej, choć nie jestem to tego uprawniona. Podobno są ludzie, którzy potrafią powiedzieć w ślad za bohaterką „P.S. Kocham Cię” (Cecelia Ahern): „Dzisiaj jestem szczęśliwa. A o jutro będę się martwiła jutro”. Tylko że tak rzadko ich spotykam. Ponadto, swoim pesymizmem (nie jestem pesymistką, ale optymizmem też bynajmniej nie emanuję, choć (u)śmiechem już – szczęśliwie – tak, przynajmniej tak mówią i myślę, iż coś w tym jest), który nazbyt często nazywam realizmem, przytłaczam i demotywuję samą siebie. Więc proszę o wybaczenie, że do „jednego wora” wrzucam osoby będące uosobieniem afirmacji życia i pogody ducha z tymi, które pesymizmem są przesiąknięte do szpiku kości i zarażają nim innych. I postanawiam się poprawić, od tej chwili pisząc tylko jako ja.

Jestem osobą, która nie ma tzw. „przypałów” na każdym kroku. Nie spóźniam się, nie zapominam. Niczego nie zostawiam na ostatnią chwilę. A mam wrażenie, że stopień,  w jakim angażuję się, by wszystko było tak, jak trzeba, jest wprost proporcjonalny do tendencji do zamartwianie się, że coś nie wyjdzie. A przecież „buta nie zjem, sznurówką nie popiję”! Człowiekiem jestem, nadzwyczajne moce czy jasnowidztwo są mi obce, więc czy mogę podjąć się wysiłku wykraczającego ponad nasze cudowne ludzkie możliwości?

Zamartwiam się na przyszłość. Przeszłość o wiele łatwiej akceptuję, choć tego musiałam się nauczyć. Ale już wiem, że czasu nie cofnę, a jedyne, co potrafię, to wyciągnięcie nauki na przyszłość z doświadczenia, które zdobyłam. Najbardziej nieznośna jednak jestem, gdy tak uparcie i wytrwale szukam kolców róży, podarowanej mi na drodze życia. Jest dobrze, osiągnęłam cel, wszystko jest lepiej niż mogłabym się spodziewać (a naprawdę tak często się dzieje w moim życiu!), nic się już nie może zepsuć, bo czasu cofnąć się nie da, ale… oj, przecież to i tamto mogło być lepiej! Jeden kolec, drugi kolec, trzeci… Hmmm… A gdzie ta róża, gdzie te jej piękne płatki, które tak wielkim szczęściem, radościem, cudem są?

Uwielbiam chwile, gdy potrafię po prostu żyć i cieszyć się chwilą. Rzadko przejawia się u mnie sztuka takiego życia. Życia pełnego ufności w Boże miłosierdzie i opiekę, we wsparcie i miłość Najbliższych, we własną siłę, którą czerpię dzięki tym dwóm pierwszym. Paradoksalnie, gdy czuję, że problemy zaczynają być przytłaczające i mam wrażenie, że zaczynam spadać w czarną otchłań, łapię się każdej chwili spokoju, każdej pozytywnej myśli czy słowa, każdej przyjemnie spędzonej chwili. Gdy tzw. „spraw do załatwienia” jest wystarczająco mało i mam energię by je „obmartwić” (a to przecież muszę zrobić, bo jak się wystarczająco nie „wymartwię”, to zapewne zostanę ukarana i coś będzie nie tak, jak być powinno – żelazna logika), to nad każdą się pochylam, rozbieram w myślach na czynniki pierwsze, obmyśliwam od początku do końca, choć zrobiłam to już wcześniej tysiące razy. Jednym słowem ujęłabym to tak: paranoja!

Umiem żyć zgodnie z maksymą carpe diem, gdy wyznaczę sobie jakiś moment w przyszłości, w którym mogę zacząć się zamartwiać, planować, roztrząsać na nowo. W przeciwnym razie, nie mogę tak po prostu odpuścić. A co, gdybym zapomniała, że trzeba się martwić? Brrr, zgroza!

A co, gdybym zawsze pamiętała, że… nie ma kolców bez róży?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.