W imię wolności (cz.1)

CAM02774

- A za tydzień jadę do Lizbony. Stary, to jest wolność! – powiedział trzydziestoletni mężczyzna do towarzysza podróży tramwajem, a zarazem współpracownika, siedzącego obok. – Żadnej żony, dzieciaków…

- A powiedz mi, jak tam z Julią? – zapytał Szymon.

- A co ma Julka do tego?

- Wspomniałeś o żonie i… tak zapytałem. Długo jesteście razem. Nie macie żadnych poważniejszych planów na przyszłość?

Konrad spojrzał z politowaniem. Ledwie dostrzegalnym, bo doskonale znał Szymona i wiedział, jakie ten ma czułostkowe podejście do swojej Agnieszki i trójki dzieci. Sam nie potrafił zrozumieć, co godnego pozazdroszczenia może być w uwięzieniu samego siebie w jednym domu, z jedną kobietą, na całe życie. I do tego dzieci! Lubił te maluchy Szymka i Agi, ale sam nie chciałby, by większość tak ciężko zarobionych pieniędzy była przeznaczana na zabawki, pampersy, kaszki. Ponadto, najgorsze w rodzicielstwie jest to, że tak bardzo ogranicza.

- Słuchaj, od poważnego planowania mi życia jest Sokół – wspomniał o swoim kierowniku Konrad. Janusz Sokołowski, nazywany był Sokołem nie tylko zważywszy na nazwisko, ale i na sokole oko, którym wypatrywał każde uchybienie czy chwilowe rozleniwienie podwładnego. – A z Julką to jest taki luźny związek. Czasem się spotykamy, robimy mały wypad za miasto. Jak ona ma zły dzień, to idę do niej z różą – lubi takie krwistoczerwone – i od razu uśmiech pojawia się na jej twarzy.

Szymon nie pierwszy raz spostrzegł, że jego kolega – jeszcze z czasów licealnych – gdy mówił o Julii, ulegał diametralnej przemianie. Na wspomnienie uśmiechu swojej partnerki Konrad w mgnieniu oka zmieniał ton głosu, twarz łagodniała, kąciki ust podnosiły się, a oczy nie były już oczami, które najpierw patrzą na to, czy coś mu się opłaca, czy nie. Oczy pracownika przedsiębiorstwa logistyczno-transportowego. Z jego spojrzenia zaczynały emanować ciepło i łagodność.

- Ona też umie mnie pocieszyć – kontynuował. – Oj tak, umie, i to jak! – uśmiechnął się znacząco, spoglądając na Szymona.

- Skoro tak mówisz i skoro znacie się już tyle lat, może warto by było pomyśleć o tym wszystkim na poważnie? – zasugerował rozmówca.

Julia była koleżanką Szymona ze szkolnej ławki w podstawówce i, za jego pośrednictwem, ona i Konrad poznali się jeszcze w czasach licealnych. Iskra zauroczenia pojawiła się dopiero, gdy cała trójka skończyła studia, ale w oczach znajomych szybko zaczęli stanowić niezwykle dobraną parę. Mimo to, po kilku latach nikt nie dostrzegał żadnych sygnałów, które wskazywałyby na plany matrymonialne tych dwojga.

- Do tego zmierzam! To znaczy, nie dokładnie do tego, bo chciałem podkreślić, że jest dobrze między nami, równa z niej kumpela, świetna kochanka – zagalopował się w swoich zwierzeniach w tramwajowym tłoku Konrad, czym przyciągnął uwagę starszej pani siedzącej nieopodal oraz przyczynił się do parsknięcia śmiechem stojących obok licealistów. – Ale po co mam się wiązać, zobowiązywać do nie wiadomo czego, brać ślub? Żeby się rozwieść, gdy coś nie zagra? Jest w porządku, nie widzę powodu, żeby to zmieniać. Jesteśmy wolni, nie ograniczamy się nawzajem. Wiele bym dla niej zrobił. Ona dla mnie wiele robi. Lubimy spędzać ze sobą czas i rozmawiać. Niepotrzebne są nam do tego kajdanki na palcach czy papier z USC.

- Boisz się odpowiedzialności.

- Ja?! Chyba żartujesz…

- Kochasz Julkę. Ale boisz się, że to minie, a droga odwrotu będzie zamknięta. Nie chcesz brać odpowiedzialności za wybór, którego konsekwencje będziesz ponosił całe życie. Ale wiedz, że wyboru dokonujesz również, gdy nie chcesz decydować się na życie u jej boku. A konsekwencje obrania tego kierunku mogą być dla ciebie i Julii o wiele gorsze. Opłakane. I gdy zechce związać się z kimś innym, bo nie doczeka…

- Skończ. Skończ! – przerwał Konrad. – Daruj sobie te morały. Ja wysiadam. – wstał naprędce, choć codziennie opuszczał pojazd dopiero na następnym przystanku.

Szymon, pełen konsternacji, irytacji, ale i smutku po nagłym uniesieniu przyjaciela, spoglądał za wysiadającym z tramwaju. Odjeżdżając z przystanku, rzucił jeszcze jedno spojrzenie na Konrada, udającego się w przeciwną stronę niż ta, w którą powinien był się udać, gdyby zmierzał bezpośrednio do swojego mieszkania.

- Co się z tobą dzieje… – westchnął pod nosem Szymon.

Myśli kotłowały się w jego głowie. Najpierw czuł niezrozumienie postępowania starego znajomego. Znali się tyle lat, był dla niego nie tylko zwykłym kolegą z pracy czy kumplem od wspólnego oglądania meczy i picia piwa. Wiele szczerych rozmów odbyli, wspierali się, we wzajemnych relacjach obaj wyzbywali się egoizmu. Konrad jako koordynator organizacji transportu, mający zacięcie przywódcze, ale i zapędy apodyktyczne, w pracy zdawał się być bezwzględnym nadzorcą i pracoholikiem. Bywał skory do współpracy, ale tylko z nielicznymi współpracownikami. Z kontrolowanymi – niemalże nigdy. Jednakże w relacjach z przyjaciółmi, z Julią, z własną matką był inny. Altruista, gotowy do pomocy o każdej porze dnia i nocy. Bywał jednak lekkoduchem, lubiącym chodzić własnymi ścieżkami, jednocześnie będąc duszą towarzystwa, jeśli już był jego członkiem. Choleryk i melancholik, popadający w skrajne stany emocjonalne. To, czego jednak zawsze unikał, to deklaracji, których skutków nie da się wyeliminować. Co znamienne, w pracy podejmowanie decyzji i wydawanie poleceń przychodziło mu lekką ręką. W życiu prywatnym często nie potrafił podejmować decyzji. Miotał się między kilkoma opcjami. W obliczu wyboru czuł się bezradny.

Zazdrościł dzieciom, za które wyborów dokonywali rodzice. Ukłucie zazdrości czuł, gdy rozmawiał z żonatymi mężczyznami. Oczywiście, nie chciałby być pantoflarzem, ale z jego perspektywy dostrzegał, że za mających rodziny wyborów dokonują sytuacja życiowa, żona, a nawet dzieci. To go jednocześnie przerażało i pociągało. Chciał odrobiny wytchnienia, stabilizacji, możliwości podejmowania decyzji ważnych również dla innych, ale nie wyłącznie takich, które dotyczą tylko niego samego. Pragnął być koordynatorem również we własnym domu.

Ale nie potrafił zrezygnować z tego, czym się szczycił, co było w pewnym sensie jego fetyszem. Bał się zrezygnować na zawsze z tego, co nazywał wolnością.

***

- Cześć tato! – usłyszał Szymon, gdy tylko zamknął drzwi domu.

Pięcioletnie bliźnięta, Wojtuś i Jaś, wybiegły z pokoju. Z drugiego pokoju wychyliła głowę ośmioletnia Magda, uśmiechając się promiennie.

- Dzień dobry, kochanie – do trójki dzieci dołączyła Agnieszka, która wyłoniła się z głębi kuchni, w fartuchu i ze śladem mąki na policzku. – Właśnie robię pierogi, z kapustą i grzybami. Jak w pracy?

- W pracy w porządku… – odpowiedział ponurym głosem.

- Coś się stało? Jakieś problemy? Pewnie Sokół… – zapytała żona.

- Aguś, później, później – uśmiechnął się Szymon. – Chodźcie, dzieci, mam dla was czekoladki.

- O nie, nie, najpierw obiad. Proszę, hop, hop, myjemy rączki i siadamy do stołu! – zakomenderowała Agnieszka tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Szymon zaśmiał się i pocałował żonę w policzek.

- A ciebie to także dotyczy – powiedziała żona. – Już, do łazienki i rączki umyć, Szymuś, raz, raz! – zaśmiała się.

- Słodka ta moja niewola – stwierdził półszeptem Szymon.

- Co tam znowu narzekasz? – zapytała z żartobliwą podejrzliwością pani domu.

- A nic, nic. Polecenie – wykonać! – zasalutował mężczyzna.

Agnieszka pokręciła głową z udawaną dezaprobatą i wróciła do kuchni. Szymon spojrzał na nią jeszcze raz. Wyciągała talerze, by nalać zupy, której ogórkowy aromat unosił się w całym mieszkaniu.

Uśmiechnął się. Kochał ją całym sercem. Miał wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej. Coraz lepiej się rozumieli. Nie przypominał sobie ani jednego dnia, w którym żałowałby zawartego małżeństwa. Nie czuł się zniewolony, żyjąc u boku Agnieszki. Robił wszystko z miłości do żony i dzieci. Wszystkie przedsięwzięcia podejmował motywowany poczuciem, że to, w co wkłada wysiłek, ma sens. „To bez nich czułbym się zniewolony. Bez nich byłbym nieszczęśliwy, a jak można być wolnym, oddychać pełną piersią, jeśli nie jest się szczęśliwym?” – myślał, wykonując komendę ukochanej razem z Madzią, Jasiem i Wojtusiem.

- Zupa stygnie! – usłyszeli głos dobiegający z kuchni.

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.