Aby mój świat stał się MOIM

Idę

To jednak niezwykłe, gdy to, co wiemy, co wydaje się banalnym faktem, co jest dobrze nam znaną teorią, odkrywamy w swoim życiu, jakby zapominając, że już wcześniej o tym wiedzieliśmy, i uderza nas jakaś myśl. Pouczamy innych, powielamy słowami powszechnie znane fakty, wykorzystujemy je przy argumentacji etc. Ale to ciągle teoria. I nagle przeżywamy coś, co napełnia nas refleksją, i sprawia, że te twierdzenia, cudze przemyślenia i poglądy, przestają być suchą teorią i stają się NASZYM odkryciem, prawdą obecną w NASZYM życiu.

Wiedziałam, że miłość zaczyna się wtedy, gdy kochasz, dostrzegając wady w drugiej osobie, a mimo to chcesz z nią być i chcesz dla niej być.
Wiedziałam, że związek to nie sielanka, a uczucia płatają figle.
Wiedziałam, że świat nie jest czarno-biały, ale ma wiele innych kolorów i odcieni.
Wiedziałam, że ateiści mogą być dobrymi ludźmi, a osoby deklarujące się jako katolicy mogą poddawać się złemu.
Wiedziałam, że nauka historii bywa tendencyjna, że mamy po tylu latach edukacji głowy napełnione pięknymi hasłami, wzniosłymi ideałami i zapamiętanymi archetypami.

Potępiałam zdrajców – zdrajców żon, zdrajczynie mężów, nie wykazując ni krzty zrozumienia, dlaczego ludzie zdradzają. Nie usprawiedliwiając, ale właśnie starając się zrozumieć, dlaczego.
Potępiałam postępujących źle, dopuszczających się grzechu, potępiałam osoby głośno mówiące o niewierze w Boga. Nie starałam się zrozumieć, co ludzi ku złemu skłania, nie chciało mi się zastanawiać, dlaczego ktoś nie wierzy albo wierzy inaczej.
Potępiałam dociekających, czy rzeczywiście Powstanie Warszawskie było słuszne i było „grą wartą świeczki” bądź czy reformacja w XVI wieku była tylko złem wojującym i zbierającym żniwo wśród dusz. Źle patrzyłam, z ogromną dozą niesmaku i przestrachu, na szukających prawdy również w dziełach „niewiernych”.

Osądzanie i potępianie nigdy nie kończyło, nie kończy i nie skończy się dobrze. Nie nasza to rzecz. Ale człowiek jest słaby i bez siły udzielonej mu z góry (wierzę, że mogą ją otrzymać nie tylko chrześcijanie), bez wysiłku własnego – w byciu prokuratorem i sędzią zapamiętale będzie tonął.
„Rozprawy rozgrywają się na forach portali i w studenckich kawiarniach, przy świątecznych pieczeniach i nad wódką z ogórkiem. Przesłuchania świadków i inne środki dowodowe (…) badane są cały czas. Tysiące sędziów i prokuratorów co dzień wydaje setki wyroków, bez apelacji. Bez wznowień postępowania. Z wewnętrzną pewnością” – pisze Jola Szymańska dla For Her Polska.

Tym, co chcę teraz napisać, jest jednak coś innego. Ten wstęp na samym początku oraz chaos wyznań, co wiedziałam i co potępiałam, miał doprowadzić mnie do punktu, gdy przyznaję, że ostatnio ten „bezpieczny”, zawoalowany ugruntowanymi we mnie poglądami, faktami, zasadami, świat staje się trochę obcy. A ja muszę dorosnąć i nauczyć się MYŚLEĆ i podejmować świadome wybory, a nie tkwić w tym, co zostało za mnie wybrane. Stykam się bezpośrednio z ludźmi myślącymi inaczej i nie mogę już zaczytywać się wyłącznie w literaturze autorów katolickich, słuchać tylko księdza w kościele czy ojca Adama Szustaka na YouTube. Zamykać się coraz bardziej w świecie, w którym mogę bez wewnętrznego rozstroju tkwić, gdzie wszyscy wokół mówią, jak powinnam żyć i jak postępować, co myśleć, a o czym nawet nie myśleć. W świecie, gdzie innych traktuje się jako błądzących i godnych pożałowania i gdzie tylko MY mamy monopol na „mam rację”.

Świat, w którym lepiej z ateistą nie rozmawiać – ba! nawet go nie słuchać – bo jeszcze nas zarazi swoim ateizmem i doprowadzi do zwątpienia, podważy nasz światopogląd i hierarchię wartości. Świat, w którym wszystko jest albo czarne, albo białe. Świat, w którym każdemu trzeba przypiąć łatkę i umieścić w ryzach stereotypów. To świat na pozór bezpieczny, bo taki, w którym nie musimy się obawiać, że na chwilę zwątpimy czy zabłądzimy. Ale już wiem, że to jest świat wykorzeniający zdolność samodzielnego myślenia i pozbawiający wolności. I prawdziwej wiary.

Czym może być moja wiara, jeśli nie zostanie poddana próbie? Czym moja religia, gdy sama nie dotrę do wniosku, że to ona jest najlepsza (tzn. najbardziej bliska memu sercu)? Czym mogą być moje wybory dobrego, jeśli tak naprawdę to nie wybory, bo nie wiem, że wybrać zło w ogóle można? Czym moja miłość, jeśli kochane osoby są pozbawione w moich oczach słabości i wad? Czy przyjaźń…?

Czytam „Sztukę kochania” Michaliny Wisłockiej, tej „ateistki i bezbożnicy”, propagatorki antykoncepcji i niezbyt jednoznacznie zdeklarowanej przeciwko aborcji pani seksuolog, pani „rewolucji seksualnej” lat 70. XX wieku.
I co? I widzę, że ta kobieta, ta naprawdę wykształcona, oczytana i doświadczona kobieta, mająca dobre intencje (ale  w moim mniemaniu – ułomne i po prostu złe środki do celu), dociera do pewnych prawd bez odnoszenia się bezpośrednio do Boga i religii. Dociera do prawd, które są nam wspólne.

Uwielbiam wykłady w historii myśli ustrojowej i społecznej pana doktora, którego światopogląd jest w pełni przeciwny mojemu. Który popiera „prawo do własnego brzucha”, antykoncepcję i in vitro postrzega jako niezbywalne prawo małżeństw i innych związków. Który potępia jakąkolwiek ingerencję religii w życie publiczne. Który twierdzi, że każdy człowiek kradłby, gdyby wiedział, że nie spotka go za to kara.
I co? I to dzięki niemu czuję, że wiele z moich dotychczasowych przekonań i prawd, nad którymi nawet nie chciałam się zastanawiać, musi przejść próbę, aby stały się naprawdę MOJE. I dostrzegam, że muszę dojrzeć i wykroczyć poza mój bezpieczny światek, aby skonfrontować się z hierarchią wartości inaczej myślących.
Przekonuję się, że ateizm to niekoniecznie relatywizm moralny i fanatyzm, że niewierzący też mogą dotrzeć do prawdy. I że mogę ich zrozumieć, naprawdę mogę zrozumieć ich punkt widzenia, ich światopogląd, spójność ich piramidy wyznawanych wartości. I że to, iż ich zrozumiem, wcale nie spowoduje, że od razu popadnę w czarną otchłań zła. Wręcz przeciwnie – dzięki temu, że zrozumiem ich i że zrozumiem siebie (co wymuszają na mnie konfrontacje w osobami, które mają inne patrzenie na świat i życie), mogę dokonać świadomego i wolnego wyboru. Dopiero wtedy mogę.
Przy okazji dowiaduję się, że nauka historii nie musi być jedynie wychwalaniem bohaterów, poznawaniem faktów przedstawionych tendencyjnie i tak, aby kształtować patriotycznego ducha skłonnego do złożenia życia na ołtarzu Ojczyzny. To prawda, że tym wszystkim, którzy oddali życie za Polskę, należy się szacunek, pamięć i modlitwa. Ale niech nauka historii pełni przede wszystkim funkcję pragmatyczną, czyli podpowiada, jak postępować, by m. in. apelowi Świętego Jana Pawła II „Nigdy więcej wojny!” stało się zadość.
Dowiaduję się, że żywot średniowiecznej księżniczki to bynajmniej nie była romantyczna sielanka przerywana ewentualnie tęsknotą za księciem na białym rumaku, ale że to była katorga - kilkanaście dzieci poczętych w wyniku gwałtu (czasami małżeńskiego, czasami kazirodczego…), z których jedno przeżywało, a sama matka umierała przez 30-stką w połogu bądź przy porodzie.
Dowiaduję się, że Henryk Sienkiewicz to nie taka jasna postać w historii kultury naszej Ojczyzny czy też że w krajach kalwińskich gospodarka prężniej rozwija się niż w krajach katolickich. I że naprawdę warto nad tym wszystkim pomyśleć, a nie od razu odrzucać… bo to mówi „niewierny”, „poganin XXI” wieku.

Starać się zrozumieć można również zdrady małżeńskie. I wcale zrozumienie impulsów czy motywów ku temu nie musi zaprowadzić nas w ślepy zaułek, strącić w otchłań zła, ubłocić nas moralnie. Zbyt łatwo oceniamy, zbyt łatwo wydajemy wyroki. A tak naprawdę - jesteśmy tchórzami, zasłaniającymi się zasadami, które często nie są tak naprawdę nasze, bo nie dokonaliśmy ich świadomego, wolnego wyboru.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.