„Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej – dlaczego „tak”, a nie „nie”?

Michalina

„Kochanie” to piękne polskie słowo, które w moim odczuciu określa ciepły, serdeczny, pełen przyjaźni i harmonii seksualnej kontakt bliskich sobie ludzi” – pisała Michalina Wisłocka w „rewolucyjnej” (w odbiorze wielu – rewelacyjnej), niegdyś kontrowersyjnej, wręcz zakazanej, a w najlepszym wypadku – ocenzurowanej, „Sztuce kochania”. Wedle słów autorki, bynajmniej nie jest to recepta na miłość czy podręcznik technik seksualnych. Zgadzam się, choć jeszcze nie dobrnęłam do końca tejże lektury. Jednakże przeczytanie niecałej połowy książki skłoniło mnie do niemałej refleksji. Zrozumiałam, że „Sztuka kochania” to nie kandydatka do indeksu ksiąg zakazanych, gdyby takowy istniał w XXI wieku, a Michalina Wisłocka – mimo że ateistka, żyjąca wedle kompletnie innych niż ja zasad – i ja możemy mieć takie same zapatrywanie na pewne sprawy, na inne ciut zróżnicowane, a na pozostałe… No cóż, w wielu kwestiach się nie zgadzamy, ale to, że poznam punkt widzenia pani Michaliny nie sprawi, że od razu będę musiała go przejąć i że zniekształci moje sumienie tylko dlatego, że go zrozumiem.

Z pewnością zgadzamy się w tym, że miłości należy się uczyć – to teza, którą propaguje zarówno Wisłocka, ale i którą uznaje religia katolicka, postrzegająca miłość jako nie same emocjonalne uniesienia i „motyle w brzuchu”, ale wybór, wierność wyborowi i naukę wyzbywania się czystego egoizmu (a to wszystko wymaga nauki i samodoskonalenia się, gdyż nie jest tendencjami i skłonnościami nabytymi człowieka, który niejako z natury jest egoistą).

Autorka „Sztuki kochania” podkreśla, że nie można dopuścić do sytuacji, gdy kochankowie, po zawarciu sakramentu małżeństwa zaniedbują samych siebie, tj. żona nie dba o siebie, a mąż o siebie, oraz siebie nawzajem. „Samotność we dwoje – to najwłaściwszy moment dla kobiety do wykorzystania pięknych fatałaszków, zrobienia fryzury i makijażu; dla mężczyzny zaś jest to okazja do włożenia ładnej domowej koszuli czy bluzy, ogolenia twarzy lub przetarcia wodą kolońską wypielęgnowanej brody czy wąsów”. Bieg lat nie może prowadzić do zaniedbywania i spowszednienia (w złym tego słowa znaczeniu) miłości i wzajemnej relacji. „Po ślubie zaś bynajmniej nie odrzucamy do lamusa wypróbowanych we wcześniejszym okresie metod i rekwizytów, jak kwiaty, nastrój, piękne słowa czy dbałość o wygląd zewnętrzny”.

Wisłocka potępia pornografię, określa ją jako „narządy i ich funkcje, w oderwaniu od człowieka, to seks całkowicie odhumanizowany”, cytuje za Jeanem Cau, że „erotyzm to ciało, pornografia to mięso” oraz za Władysławem Kopalińskim – „pornografia jest zdegenerowaną formą twórczości erotycznej”. Sama proponuje kontemplację prawdziwej sztuki erotycznej jako środka rozbudzania wyobraźni, podziwianie dzieł malarstwa czy rzeźby.

Pani Michalina postrzega wyobraźnię jako „najpotężniejszy motor seksu” („całkowita nagość jest zupełnie aseksualna”) – należy rozwijać wyobraźnię już u dzieci (ograniczyć kupowanie zabawek, które nie zostawiają pola dla rozwoju dziecięcej wyobraźni; należy czytać dzieciom książki), a potem sami kochankowie powinni się o to troszczyć. Jednym ze środków ku temu jest pisanie do siebie listów (sama Wisłocka ubolewa nad zanikaniem tej pięknej tradycji).

Wisłocka popiera tzw. tradycyjne role kobiece i męskie w związku. Twierdzi, że „można się kształcić, można pracować naukowo, zawodowo czy społecznie, ale w domu i w miłości kobieta musi być kobietą, a mężczyzna mężczyzną, jeżeli chcą żyć życiem pełnym i uniknąć rozczarowań i kompleksów”. Jest głosem kobiet, których emocje i przeżycia w pewnych sferach życia były tłamszone. Jest „rewolucją seksualną”, ale i „rewolucją kobiecości”, będącą wyrazem walki o prawa przedstawicielek „płci pięknej”. To jednak nie przekreśla w niej głębokiego przekonania, że kobiety i mężczyźni nie powinni być niejako uniformizowani, ujednolicani, na siłę i wbrew naturze sobie „zrównywani” (w takim znaczeniu równości, jakie propaguje ideologia gender).

Pani Michalina nie jest w najmniejszym stopniu przeciwniczką antykoncepcji. Ale dostała u mnie ogromny plus za podkreślenie, jak dużą wartość ma obserwacja przez dziewczynki, a później kobiety, własnego organizmu, własnego cyklu menstruacyjnego. Postuluje, by nawyk codziennego mierzenia ciepłoty kobiecego ciała był wpajany od 12-13 roku życia. Ja sama boleję nad tym, że nie są takie „praktyki” powszechnie przyjętymi w naszych rodzinach, w naszym społeczeństwie. Dzisiaj mierzenie temperatury codziennie rano jest podstawą metody NPR, sama Wisłocka natomiast – w moim odczuciu – postrzegała to jako dodatkowe zabezpieczenie przez niechcianą, np. zbyt wczesną, ciążą („Jeżeli zatem dziewczyna uzna, że „absolutnie musi” rozpocząć życie seksualne, to niech je przynajmniej ograniczy właśnie do tych dziesięciu dni niepłodnych!”).

Na koniec wspominania tego, czym Wisłocka mi zaimponowała nawiążę również, że zawarła z swym „dziele” piękny opis miłości matczynej i relacji, która rodzi się już od chwili poczęcia. Wisłocka nie przekreśla dziecka rozwijającego się w matce jako człowieka. Wydaje się nawet być zwolenniczką postrzegania płodu jako „pełnego” człowieka. Aborcji nie pochwala, aczkolwiek dopuszcza jej możliwości, nie wydaje się traktować tego rodzaju czynów jako morderstwa.

I tu się zaczynają schody…

„Ciąża i skrobanka są największym złem i fizyczną krzywdą, jakie spotkać mogą młodą kobietę” – ciąża to też takie zło i krzywda (nawet w przypadku nieustabilizowanej życiowo kobiety – bo w takim kontekście pisała Wisłocka)? Nieprzyjemnie mi to „pachnie”, ale jednocześnie należy skontrastować takie słowa pani Michaliny z ułudą feministek lub innych zagorzałych zwolenników legalizacji aborcji, że ciąża jest jak „puch marny” niczym ból głowy, a aborcja jak lek przeciwbólowy, który łatwo i szybko umożliwia pozbycie się problemu – Wisłocka jasno stwierdza, że aborcja to zło i krzywda.

Czego nie popieram, co jeszcze mnie bulwersuje, z czym się nie zgadzam?

Pani Michalina zbyt często nazywa miłością zbliżenia seksualne, a przecież one są „jedynie” sposobem jej wyrażania, a czasem nawet są od niej zupełnie oddzielone i nie mają z prawdziwą miłością (zakładając, że istnieje coś takiego jak „miłość nieprawdziwa”) nic wspólnego. Choć z drugiej strony Wisłocka podkreśla potrzebę uprzedniego nawiązania nici przyjaźni, nawiązania po prostu głębszej relacji między kochankami. Przewodniczką w budowaniu „wspólnego świata uczuciowego”, jak to określa autorka „Sztuki kochania”, ma być kobieta, której zadaniem jest „wzbogacanie prostych dotąd odruchów seksualnych ukochanego o całą komponentę uczuciową”.

Inną kwestią, na której zapatrywanie mam odmienne niż Michalina Wisłocka, jest współżycie przed ślubem. „Wracając do zagadnienia, kiedy zacząć, nie twierdzę również, że najlepszym momentem do rozpoczęcia współżycia seksualnego jest zawarcie małżeństwa i że powinno się ono zaczynać dopiero po ślubie. Małżeństwo to umowa na długo, nieraz na całe życie, i trzeba oprócz aspektów uczuciowych i innych wziąć również pod uwagę sprawę doboru fizycznego. Można decydować się na małżeństwo, gdy wszystkie elementy, uczuciowe i fizyczne, zostaną względnie zharmonizowane. Trzeba wziąć pod uwagę wiele spraw, które można poznać i ocenić dopiero po dłuższym okresie względnie regularnego współżycia seksualnego”. No cóż… W sporach należy unikać argumentów ad personam, ale historia, jaką napisało życie Wisłockiej, jej przekonania, światopogląd, hierarchia wartości i coś, co nazwałabym po prostu nieporadnością w pewnym sferach życia oraz zagubieniem – to wszystko powoduje, że trudno uznać za wiarygodne i przekonywające poglądy tejże pani seksuolog na problematykę przedmałżeńskiego seksu i czy warto na niego czekać do „po ślubie”. Obciążanie winą za nagminne rozpady małżeństw „niezgrania” ciał małżonków świadczy o zakrzywionym obrazie Miłości, przez duże M właśnie. Nie twierdzę, że współżycie jest przykrym małżeńskim obowiązkiem i ma na celu jedynie prokreację. Nie! Uważam, że jest to coś, na co warto czekać, coś, co jest zwieńczeniem przysięgi małżeńskiej i – obok celu prokreacyjnego – przyczynia się do budowania małżeńskiej jedności. Ale jednocześnie należy pamiętać, że jeśli małżeństwo się rozpada dlatego, że mąż i żona mówią „w łóżku” różnymi językami i się nie rozumieją, to znaczy, że: po pierwsze, zbyt łatwo odpuścili, poddali się i nie starali się nauczyć siebie nawzajem (a małżonkowie prawdziwie się kochający są zdolni do porozumienia w tej sferze), po drugie: to najprawdopodobniej wcale nie była miłość, a jedynie zauroczenie, zbudowane na egoizmie i wygodnictwie. Pisząc to, czuję się trochę jak teoretyk nie mający pojęcia o praktyce, ale te słowa stanowią niejako esencję przeróżnych świadectw, które miałam szansę na przestrzeni kilku lat wysłuchać bądź przeczytać.

Tak czy inaczej, jestem pozytywnie zaskoczona „Sztuką kochania” i nie mogę się doczekać, czego jeszcze się dowiem dzięki niej, nad czym się zastanowię, co mnie zaskoczy, co zirytuje…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.