Co mi w duszy gra…

Rano

„Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś – prawu grzechu” – pisał św. Paweł w Liście do Rzymian.

Pamiętam, że gdy rok, dwa lata temu po raz pierwszy przeczytałam te słowa, miałam wrażenie, że św. Paweł ujął w słowa to, co mnie samej trudno było wyrazić w sposób werbalny. Te chęci, by być lepszym, by kroczyć odważnie i niezłomnie ku świętości. I te ułomności, słabości i wady, które sprawiają, że czuję się czasami tak, iż strach lub rezygnacja zewsząd mnie ogarnia. Te momenty, gdy podejmowałam mocne postanowienie poprawy, a za chwilę wracałam do starych, złych nawyków. Kto z nas tego nie zna? A i tak często mam wrażenie, że to ja jestem wybitnie słaba.

Nierzadko mam wrażenie, że jestem jedną z najbardziej pysznych osób, która chce na siebie patrzeć przez różowe okulary i domaga się słów uznania u innych ludzi i aprobaty u Ojca („Panie Boże, wiem, wiem, nie jestem idealna, ale pamiętaj, że się staram… no a przynajmniej podjęłam postanowienie, aby się starać”). A innym razem mam wrażenie, że jestem jedną z tych osób, których „silna wola” jest bardzo słaba, a właściwie prawie jej nie ma i rządzą mną tylko „chcę, nie chcę” – a raczej „chce mi się, nie chce mi się” (analogicznie do logiki św. Pawła przedstawionej w przytoczonym wcześniej fragmencie listu). Czasami mam nadzieję na prawdziwe, szczęśliwe ŻYCIE wieczne i w trudnościach dnia codziennego bądź gdy obserwuję szaleństwa złego dziejące się na świecie czerpię siłę i otuchę z faktu, że „świat się kiedyś skończy”. A kiedy indziej ściska mnie za gardło strach, że chyba jednak nie zasługuję na to, by wiecznie ŻYĆ u Ojca. Bywa również tak, że widzę w sobie potworną egoistkę, zaszywającą się we własnej strefie komfortu i nie dopuszczającą do siebie ludzi, którzy mącą (nie!) „święty spokój”. Mniej jest momentów, gdy czuję się spokojna i pogodna, bo akurat komuś udzieliłam pomocy. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek czysto bezinteresownie pomocy udzieliłam – tak bez szukania poklasku, uznania, sympatii, potwierdzenia siebie i tego, że nie jestem taka zła.

Nie potrafię się dobrze modlić słowami pacierza. Zbyt łatwo ulegam rozproszeniom, zazwyczaj związanym z tak trywialnymi sprawami, jak „co przygotować na obiad?”, „o której wyjść na tramwaj?”, „o, jeszcze mleko muszę kupić!” etc. To okropne, a jeszcze gorsze jest to, że chyba już przestałam z tym walczyć. A przynajmniej wydaje mi się, że za mało się staram. Są jednak chwile, gdy słowa wytryskają ku Bogu z mojej duszy niemal samoistnie – gdy czuję ulgę, gdy jestem w stanie euforii, gdy się martwię, gdy się stresuję, gdy jest mi ciężko. Gdy widzę piękne gwiazdy lub chmury na niebie, gdy obserwuję Emila uśmiechającego się pod swoim kocim wąsem i mruczącego na znak „dobrze mi tu”. Gdy jestem w domu i wstaję rano, otwieram okno dachowe i widzę poranną mgłą okrywającą tajemniczo drzewa wokół domu oraz domy sąsiadów. Gdy akurat wreszcie mam moment radosnego uniesienia, że mam dobre życie i cudownych ludzi wokół oraz świadomość, że nie zostanę sama. Zdarzało się również tak, że modliłam się łzami, siedząc na podłodze po ciemku w zamkniętym pokoju, i powtarzając tylko „Panie Jezu”. I bardzo długo tego nie zapomnę, bo wtedy coś we mnie pękło. Runął jakiś mur, który budowałam, sama nawet nie wiem, z jakich cegieł i jak wysoki. Wtedy poczułam się, jakbym wreszcie stanęła w PRAWDZIE, i przyznała, że jestem słaba i że przepraszam. I że proszę o siłę, bo nasza – ludzka – siła jest siłą udzielaną nam przez Boga. Innej siły nie ma, są tylko złudzenia. To była chyba jedna z najszczerszych i najgłębszych modlitw w życiu. Tęsknię za tym. Podobnie tęsknię za taką jedną chwilą podczas przeistoczenia Chleba i Wina w trakcie jednej z mszy, gdy uświadomiłam sobie, jak wielki cud się dzieje – tęsknię, gdy na każdej kolejnej mszy moje serce jest tak oschłe i nie czuję nic, a jedynie wiem, że dzieje się cud. WIEM, ale nie CZUJĘ.

Czuję się słaba, grzeszna, czasami wręcz zdołowana. Niewdzięczna i fałszywa. Nieporadna. Nie wiem, jak się modlić, nie umiem być wzorem, nawet starać się nie umiem. Czy samo „chciałabym być lepsza”, „jestem katoliczką”, „tak, wierzę”, „Ojcze, przepraszam” wystarczy? Z bynajmniej nie niezachwianą wiarą bądź wcale nie oczyszczoną z „ja” miłością zasługuję na coś więcej niż tylko TO życie?

Chcę z głębi serca powiedzieć: UFAM CI, PANIE. I wierzyć, że ON mnie nie opuści i nawet gdy ja wątpię w siebie, to On patrzy na mnie inaczej. „Bardzo podoba mi się Boża optyka, żeby nie patrzeć na człowieka takiego, jaki jest dzisiaj, ale na to, jaki może się stać” – powiedział Robert „Litza” Friedrich.

Jestem słaba, ale zwracam się z tym wszystkim do Ciebie. Ty jesteś Siłą. I Miłością. Przyjmij to, co robię dobrze, i zniszcz to, co we mnie złe. Niech Twojej chwale służy to, co robię dobrze.

PS. Czasami pocieszam się myślą, że pisanie może być moją modlitwą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.