Nie potrzebuję gadającej lodówki!

Pan_podtrzymuje_me_zycie

„rozwijaj się, kwitnij tam gdzie zasadzono cię
rozwijaj się, wzmacniaj tak by nie wyrwano cię
rozwijaj mnie, kwitnij jak róży kwiat
proszę cię, rozwijaj mnie”
(Agnieszka Musiał, „Miłość”)

„Im bardziej serce danej osoby jest puste, tym bardziej potrzebuje ona rzeczy, które mogłaby kupić, posiadać i konsumować” – napisał papież Franciszek w encyklice „Laudato si’ (W trosce o wspólny dom)”. Nieustannie generujemy nowe potrzeby. Wiadomo, że istnieją potrzeby dla człowieka niezbywalne, jak potrzeba jedzenia, picia, snu itd., ale i takie, które możemy sami w sobie wytworzyć i które mogą wygenerować w nas inni (zazwyczaj ci, którzy mają w tym szeroko rozumiany interes). Nawiasem wspomnę o moim wykładowcy z ekonomii na II roku studiów, a zarazem późniejszym promotorze, który zalecił nam w notatnikach zapisać zdanie: „Nie potrzebuję gadającej lodówki!” i zaglądnąć do notatek za 10-20 lat, gdy już wszyscy będą mieli w domach lodówki, które „mówią”, np. o tym, co jest w ich wnętrzu, a czego brakuje. Wtedy przypomnimy sobie, że to tylko kolejna wytworzona w nas potrzeba, której kiedyś nie mieliśmy, a teraz czujemy się niemal zmuszeni do jej zaspokojenia, bo „jak to tak – sami mamy sprawdzać, czy masło jest w lodówce i czy mleko trzeba kupić?”.

Jesteśmy niewoleni przez samych siebie, jak i innych. Człowiek otwarty na oferty tego świata jest zagrożony zagłuszeniem w sobie głosu Boga oraz własnej duszy, istnieje ryzyko utraty kontaktu z samym sobą. Chyba nikt w nas nie potrafiłby z głębi serca i w pełni szczerze powiedzieć: „gdyby tak mieć dowolną ilość chleba z masłem, to można by być całkowicie szczęśliwym” (Jacek Dehnel, „Lala”). Chcemy coraz więcej i więcej. Jesteśmy zagrożeni grzechami chciwości oraz nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, czyli – jak to określił ojciec Szustak – chciwości na poziomie ciała.

Czym jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, posługując się terminologią przyjętą w Katechizmie Kościoła Katolickiego, czyli kolokwialnie mówiąc – łakomstwo, obżarstwo? Tyle razy powtarzamy tę frazę: „nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu”. Sama dopiero niedawno zaczęłam się nad tym zastanawiać oraz nad tym, czy ja mam problem z tym grzechem. Pytanie zasadnicze – kiedy rzeczywiście to jest grzech, kiedy niedoskonałość, a kiedy po prostu korzystanie z dobrodziejstw dostarczanych nam przez świat, będący przecież Bożym darem, nad którym człowiek ma panować. Jako osoba świecka, niewykształcona w kierunku teologii, nie potrafię tego jednoznacznie określić. Nie umiem stwierdzić, czy to, że lubię jeść i gotować oraz że dużo czasu myślę, opracowując swoją dietę codzienną, jest grzechem i od którego momentu nim jest. Skoro grzech jest grzechem dlatego, że oddala nas od Boga, to pewnie co najmniej niedoskonałością jest np. planowanie posiłku, gdy się modlę lub uczestniczę we Mszy Św., czyli moje myśli powinny krążyć wokół zgoła innych spraw. Zapewne grzechem byłoby, gdyby moje łakomstwo prowadziło do głodu innych, ale w naszej części świata, gdzie ludzie co do zasady nie głodują tak, jak choćby w Afryce czy krajach opanowanych przez wojny… Hmmm… Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której byłoby to możliwe. Jest to kwestia dla mnie problematyczna i związana z nieumiejętnie jeszcze ukształtowanym w tym kierunku sumieniem. Ale mam nadzieję, że kroczę drogą w dobrym kierunku.

Apetyt (nie tylko na ciastko, kotleta czy piwo lub wino) rośnie w miarę jedzenia, a nic poza Bogiem nie może nas zaspokoić. Możemy szukać w otaczającym nas świecie dóbr doczesnych, które stłumią naszą samotność, smutek, ustawiczną troskę, stres. Ale nie tędy droga. Zarówno rzeczy materialne, takie, jak pieniądze, samochód, mieszkanie, zgromadzone książki, gadżety, jak i innego rodzaju dobra doczesne (praca; sława; władza; znajomości służące naszym interesom, a nie nakierowane na drugiego człowieka i relację; ukończone kursy czy studia) nie dadzą nam pełni szczęścia. Ciągle porównujemy się z innymi i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał więcej, a wtedy my zabijamy się wręcz w szalonym biegu za „więcej”, „bardziej” i „naj”. To labirynt, w którym można utkwić i wyzwolić nas z tego może tylko „rozmowa” z samym sobą, odnalezienie wartości w samym SOBIE jako OSOBIE. Nasz Ojciec mówi zarówno do tych, którzy mają dużo, jak i tych, którzy mają mniej. W Jego oczach jesteśmy równi i mamy taką samą godność i wartość dziecka Bożego. Kiedy łatwiej Go usłyszeć? Nie, nie wtedy, gdy klepiemy „słodką biedę”. Nie generalizujmy i nie upychajmy wszystkiego w utarte schematy myślenia i stereotypy: „jak bogaty, to pyszny próżniak, a jak ubogi, to skromny, wierny, na służbie Bożej Miłości”. Można być wolnym, dobrym człowiekiem i opływać w tzw. luksusy i można żyć skromnie, a jednocześnie bez łączności ze Stwórcą. To od nas – teraz, tu, w takiej, a nie innej sytuacji – zależy, czy będziemy szukać siły i wyzwolenia tam, gdzie rzeczywiście możemy je znaleźć, czy też będziemy gonić na ułudą. Ułudą, która nie jest w stanie dać nam szczęścia, a jedynie chwilową satysfakcję czy przyjemność.

Traktujmy (traktujMY, ale to przede wszystkim sobie chcę wbić do głowy i serca) życie i to, co nas spotyka, jako dar, za który trzeba być wdzięcznym. Dar, który został nam dany, a więc może być i odebrany, dlatego to nie na nim należy budować swoją siłę, budować SIEBIE. Nie porównujmy się z innymi. To MY dostaliśmy to, co MY mamy i nie powinniśmy zazdrośnie wyrzucać Bogu, że tamci a tamci mają więcej, im jest lepiej itd. Szczególnie, że tego nie wiemy, bo trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.