Książki, które zmieniają moje życie – cz.2

Książki

Odliczania ciąg dalszy…

6. „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego.
Mój pierwszy bezpośredni kontakt z literaturą rodem z Rosji, który zachęcił mnie do sięgnięcia po inne pozycje Dostojewskiego, ale i Tołstoja - jako również przedstawiciela literatury rosyjskiej. Przeczytałam dwa razy – raz w liceum podczas omawiania lektury, a raz podczas przygotowań do prezentacji maturalnej. Jej tematem był motyw zła w literaturze, oparłam ją na „Jądrze ciemności” Conrada, balladzie Mickiewicza „Pani Twardowska”, „Świętoszku” Moliera, a nade wszystko – właśnie na dziele Dostojewskiego. Według mnie „Zbrodnia i kara” świadczy o ponadprzeciętnym kunszcie autora oraz umiejętności wnikania w ludzką psychikę. To równie mroczna, co wciągająca lektura, która ukazuje, że w prawdziwym życiu nie ma postaci tylko złych lub tylko dobrych.

7. „Dzienniczek” św. Siostry Faustyny.
Co tu dużo mówić – książka ta wpadła mi w ręce, gdy tego bardzo potrzebowałam, gdy szukałam siebie i tego, czego ja właściwie chcę. Gdy budowałam poczucie własnej wartości na podstawie tego, kim jestem, a nie co mam, co umiem, kogo znam, jak wyglądam, czy mam chłopaka (który pojawił się akurat rok później, gdy wreszcie doszłam do porządku z samą sobą). „Dzienniczek” uświadomił mi, jak ogromną siłą jest Boże Miłosierdzie, zmobilizował do częstego odmawiania koronki do Bożego Miłosierdzia, a wyprawy od czasu do czasu do krakowskich Łagiewnik, do miejsca, gdzie przebywała i jest pochowana siostra Faustyna Kowalska, nabrały dodatkowego wymiaru („tej posadzki dotykały stopy świętej”, „na niebo z tej perspektywy spoglądała siostra Faustyna”, „w tej kaplicy modliła się Apostołka Miłosierdzia”). To wszystko stało się widocznie i odczuwalnie bardziej… realne, namacalne?

8. „I boję się snów” Wandy Półtawskiej.
Książek o okrucieństwach hitlerowców przeczytałam krocie. Przestały mnie poruszać. Czytając je, nie odczuwałam nic – ani smutku, ani złości, ani zdumienia, że czasami homo homini lupus. Jak nieczułe stworzenie, które traktuje wydarzenia mu przedstawiane jako coś odległego, nierzeczywistego wręcz. Aż w końcu pół roku temu kupiłam książkę więźniarki obozu w Ravensbrück. Dr Półtawska do tej pory była dla mnie autorką znaną ze zgoła innych książek – „Eros et iuventus!” czy też „Uczcie się kochać”. Aż tu nagle odkryłam w niej kobietę, która przetrwała piekło na ziemi, a opisywane przez nią wydarzenia, związane szczególnie z eksperymentami przeprowadzanymi na więźniach obozu koncentracyjnego, były dla mnie uderzające. Były momenty, gdy ja sama prawie czułam fizyczny ból podczas lektury. Wstrząsające wspomnienia.

9. „Prawo administracyjne” prof. Jana Zimmermanna.
Studenci Wydziału Prawa i Administracji UJ czują grozę tego tytułu. „Biblia” administratywistów. Dla większości studentów utrapienie, koszmar, nieprzespane noce. Wiekopomne dzieło promotora prezydenta Andrzeja Dudy. To pośmieszkowałam! Ale – bądź co bądź – to jedyny podręcznik z dotychczasowych czterech lat studiów, którego się nie pozbyłam i który zachowałam na pamiątkę. Jak wpływa na moją codzienność? A choćby tak, że mrukam pod nosem, gdy słyszę w wiadomościach telewizyjnych czy radiowych określenia takie, jak „resort zdrowia”, „resort sprawiedliwości” zamiast „ministerstwo zdrowia”, „ministerstwo sprawiedliwości” etc. (tak, wiem, tylko garstka ludzi jest tak złośliwie przemądrzała, by się tego czepiać).

10. „Urzekająca” Stasi Eldredge & Johna Eldredge’a.
Książkę tę przeczytałam już dłuższą chwilę temu, ale czuję, że w jakiś sposób nadal oddziałuje na to, jaka chcę być i jak się chcę zachowywać jako kobieta. Ponadto, otworzyła mnie na tego typu lektury – tzn. zgodne z chrześcijańskim duchem teksty, które nakierowują na dobrą drogę. Nie typowa powieść, nie typowy poradnik w stylu „5 kroków do szczęśliwego życia”, ale raczej wymagająca lektura, skłaniająca do refleksji, która to dopiero ma prowadzić do opracowania własnego planu poprawy i budowania prawdziwego szczęścia. I, co tu dużo kryć, tytuł stanowił inspirację dla nazwy tegoż bloga.

Tyle książek do przeczytania, a tak mało czasu! Tyle dzieł – mniejszych i większych – na mnie czeka. Jest w tym coś ekscytującego, a zarazem wzbudzającego żal, że życie jest za krótkie na przeczytanie wszystkiego. A może w niebie – o ile będę mogła się tam znaleźć – nadal będzie można czytać? Wieczności chyba wystarczy do przebrnięcie przez wszystko…

PS. Wczoraj skończyłam „Lalę” Jacka Dehnela – polecam gorąco tę „ciepłą”, pocieszną książkę, będącą wyrazem nieprzeciętnego talentu autora oraz źródłem ciut bardziej wymagającego humoru, ale i refleksji. I to słowotwórstwo a’la „durnostojki” (czyli bibeloty)! Świetna lektura, szczególnie na deszczowe wieczory z kubkiem kakao.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.