Elizabeth Kim – Mniej Niż Nic

Ten thousand sorrows

- Pewnego dnia opuścisz tę wioskę – powiedziała [Omma].
– Pewnego dnia będziesz wielką panią,
wszyscy będą z tobą rozmawiać i uśmiechać się do ciebie.

(Elizabeth Kim, Mniej niż nic)

Akcja książki, stanowiącej spisane wspomnienia amerykańskiej dziennikarki pochodzenia koreańskiego, rozpoczyna się na przełomie lat 50. i 60. Elizabeth Kim to imię i nazwisko nie będące nadanymi jej przez matkę. Stanowią niejako część „nowej tożsamości” – po tym, jak jako mała dziewczynka opuściła rodzinną Koreę Południową i została zaadoptowana przez amerykańskie małżeństwo. Jako małe dziecko była świadkiem tzw. honorowego zabójstwa Ommy, jej matki. Po tym wydarzeniu została przyjęta do sierocińca, kolejnego miejsca traumatycznych przeżyć. Wychowywała się bez ojca, amerykańskiego żołnierza, dla którego przygoda z matką Elizabeth stanowiła jedynie incydent w życiu.

Utraciłam to, co wiedziałam, moje życie stało się kompletnie obce.
Mul zmieniło się w wodę.
Pyonso zmieniło się w łazienkę.
Ja zmieniłam się w Elizabeth, dziewczynkę, którą jeszcze nie umiałam być.
Ommy nic nie zastąpiło.
Została tylko pustka w miejscu, gdzie przedtem brzmiało to słowo.

Dziewczynka została przyjęta do domu amerykańskich „chrześcijańskich fundamentalistów”, posługując się określeniami używanymi przez autorkę. Gorliwość religijną, chrześcijańskie miłosierdzie mylili z pewnego rodzaju tresurą zaadoptowanej, nieobce było im stosowanie kar cielesnych. W Korei dziewczynka nie żyła w dostatku, ale za to odczuwała wiele objawów matczynej miłości. Omma była wszystkim dla swojej córki – opiekunką, przyjaciółką, towarzyszką zabaw, bajarką. Potrafiła zadbać o godność życia nawet w bardzo ciężkiej sytuacji. „Nie dojadałyśmy, ale ja nie znałam głodu. Z moją matką miseczka ryżu stanowiła ucztę”. Natomiast w nieubogim domu amerykańskich działaczy religijnych na każdym kroku doznawała napiętnowania. Nie mogła płakać, nie mogła się bać, nie mogła wątpić, nie miała prawa zadawać pytań dotyczących dogmatów wiary - nowi rodzice uznawali to za obrazę Boga i znak niewybaczalnego braku ufności wobec Jego woli, wyroków, Jego opieki i miłosierdzia. Panaceum na każdy problem była jedynie modlitwa. „Modlitwa” była słowem-strzałą wymierzaną w zagubioną, niekochaną, nieszczęśliwą dziewczynkę. Rozpaczliwie wołała o akceptację w nowym życiu, w nowym świecie. Ale nie widziała efektów, nie doznała troskliwości, czułości. Zarówno jako dziecko, jak i później – w małżeństwie, które również zostało jej narzucone.

Moi rodzice byli nauczycielami; dom zmienili w szkołę.
Codziennie, co chwila wbijali mi kolejne lekcje do głowy:
Biblia jest prawdziwym Słowem Bożym;
Chrystus stanowi jedyne odkupienie za grzechy;
gniew, strach, ciekawość czy pożądanie pochodzą od szatana;
posłuszeństwo musi być natychmiastowe, niekwestionowane i absolutne.

Elizabeth była traktowana jako pełnoetatowa sprzątaczka, kucharka, służąca – zarówno w domu nowych rodziców, jak i w domu męża. Ten ostatni widział w niej kogoś, na kim można rozładować gniew i napięcie seksualne. O miłości nie było tutaj mowy. Nigdy nie pocałował żony, a gdy ta raz zdobyła się na taki gest – uderzył ją w twarz i zażądał: nigdy więcej! Do ucieczki od męża Elizabeth musiała długo dojrzewać, a i tak decyzja nie była podyktowana dobrem jej samej, ale córeczki.

Przez lata po moim rozwodzie uchylałam się i mrużyłam oczy,
kiedy ktoś nieoczekiwanie wykonał ruch w stronę mojej twarzy.
Często na randce, jeśli mężczyzna wyciągnął rękę,
żeby pogłaskać mnie po policzku,
gwałtownie cofałam głowę.
Jeśli bardzo mnie zaskoczył, zdarzało mi się nawet
zasłonić twarz ręką.

Odnoszę wrażenie, że Elizabeth jest osobą pogodzoną z przeszłością, nastawioną na akt wybaczenia. Opisuje wydarzenia, swoje wspomnienia i odczucia, ale nie skupia się na wymierzaniu słownych ostrzy przeciwko tym, którzy ją skrzywdzili. Spokój odnalazła w buddyzmie i w spełnianiu siebie jako dziennikarki i reporterki wśród ludzi potrzebujących. Siebie odnalazła również w roli matki oraz w pielęgnowaniu pamięci o Ommie. Nie umniejsza to jednak mojemu przekonaniu, że jednym z dominujących w Elizabeth uczuć jest smutna rezygnacja i żal za męską czułością i prawdziwą miłością, której w życiu nie zaznała.

W ostatnich latach próbowałam osiągnąć chociaż odrobinę
autentycznego porozumienia z rodzicami.
Z wiekiem przeszli własną ewolucję i surowość
charakteryzująca ich w czasach mojego dzieciństwa
nieco złagodniała.
Nigdy im nie wyznałam, jak głębokie blizny
pozostawili na mojej psychice
ani jak daleko odeszłam od ich religii.
Przyznali jednak, że popełniali błędy i że w swojej interpretacji
chrześcijańskiego rodzicielstwa
posunęli się trochę za daleko.
Teraz mnie kochają. Wiem to na pewno (…)
Powtarzają mi, że są ze mnie dumni
- słowa, za które w dzieciństwie oddałabym wszystko.
Ja też ich kocham…

  1 comment for “Elizabeth Kim – Mniej Niż Nic

  1. 26 października 2017 o 22:16

    Bardzo ci dziękuję za recenzję! Zapowiada się naprawdę bardzo ciekawie. Spróbuję upolować.; :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.