Let it rain, let it rain, let it rain

Śnieg

Zapach mandarynek, pomarańczy, pierników, sosny. Noce rozjaśnione przez zalegające wszędzie pierzyny białego puchu. Ciemne dni zimy rozpromieniane sypiącym delikatnie, acz gęsto, śniegiem. Palące się świeczki, spokojne, beztroskie wieczory z kubkiem herbaty lub kakao, najlepiej z książką, pod kocem (koniecznie w kratkę! – to takie… „świąteczne”) i przy kominku z wesoło igrającym ogniem (biada tym, którzy nie mają w domu kominka, albowiem oni świąt nie doświadczą!). Postanowienia adwentowe, którym zdołaliśmy sprostać i które pomyślnie prowadzą nas do świątecznej wisienki na torcie.

A co gdy… tego nie ma? Czy świąt nie będzie?

Gdy byłam dzieckiem, nadchodzące Święta Bożego Narodzenia zwiastował już na początku grudnia tzw. Święty Mikołaj (pozdrawiam Wujka), który przynosił wór wymarzonych w liście prezentów. Czekoladowe „kalendarze adwentowe”, mandarynki, zabawki… A potem ta choinka – przystrajana przez Rodziców i jakby znikąd i nagle rozświetlona kolorowo i zachęcająca do zjedzenia wiszących na niej cukierków. Wspólna z Babcią Wigilia, później dwa świąteczne dni u babć i dziadka. Rodzina, sanki, śnieg (naprawdę nie było go w grudniu również 15-20 lat temu?!). Te wszystkie wspomnienia, podrasowane „All I want for Christmas…” albo innymi „Last Christmasami” oraz sklepowymi wystawami mikołajkowo-gwiazdkowymi widocznymi już od początku listopada (że też to nie jest przesada!) mogą wpędzić w głęboki, ciemny, deszczowy (zamiast śniegu), dół smutku i frustracji. Bo grudniowy czas to nie był jeden wielki zwiastun świąt pachnących piernikami? Bo Wigilia będzie w tym roku inna? Bo śnieg stopniał 2-3 dni temu? Bo nie znalazłam zbyt wiele czasu i ochoty na słuchanie przedświątecznych hitów? Bo postanowienia adwentowe zdarzyło mi się złamać i wcale nie czuję się taka silna i z siebie dumna oraz zasługująca na nagrodę (tak, jakby to o to w tym chodziło…)? Bo książka została zastąpiona przez ustawy i podręczniki, a siedzieć przyszło mi przy biurku, a nie kominku? Bo ubieranie choinki było bardziej irytujące niż przyjemne i „nastrojowe”? Tylko herbata została…

To jest potrzebne. Wiem. To jest potrzebne, bo właśnie teraz wieczorami potrafię po prostu przed Nim usiąść, uklęknąć, powiedzieć coś z głębi serca, a nie tylko klepać wyuczone od dziecka formułki. Teraz wymagam od siebie, by się nie poddawać i szukać prawdziwej, głębokiej radości bycia z Rodziną, choćby w małym gronie. Radości i pamięci o tym, że Bóg ponad 2000 lat temu przyszedł na ziemię i że teraz winniśmy to wspominać. Tak łatwo zatracić się w tym, co powierzchowne. Nie ZŁE, ale powierzchowne, ulotne, marne i ukryte pod zielono-czerwono-złotym brokatem. Łatwo – nad, rozsentymentalizowanym dzieciom, które dorosły trochę niechcąco i mimochodem – zwracać się ku symbolom, zapominając o istocie.

Lubię te wszystkie ozdobniki i przystrojenia, umiłowane również przez tych, dla których (w ich mniemaniu!) Chrystus nie zstąpił na ziemię jako chłopiec, a którzy Święta Bożego Narodzenia i tak w jakiś sposób obchodzą. Ale takie grudnie jak ten przypominają, że nie mogę się w tym zatracać. Że najważniejsze jest bycie z NIM. I jeśli na co dzień jestem tak zabiegana i zestresowana, że skupić się na tej relacji nie mogę, to choć teraz mam mieć dla Niego czas. I teraz potrafię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.